Zmierzch węgierskich piłkarzy nad Wisłą?

Tylko w ciągu dwóch poprzednich dni Ádám Gyurcsó został wypożyczony do Chorwacji, a Tamás Egerszegi wrócił do ojczyzny. W Polsce pozostali jeszcze Dominik Nagy i Ákos Kecskés, ale ten pierwszy na wiosnę prawie na pewno nie będzie grał w Legii Warszawa, zaś ten drugi nie należy do zawodników pierwszego składu Bruk-Bet Termaliki Nieciecza. Czy to oznacza, że węgierscy zawodnicy nie są już popularni w naszym kraju?

Trzeba otwarcie przyznać, że zainteresowanie węgierskimi piłkarzami w naszym kraju nigdy nie było tak duże, jak choćby ich słowackimi kolegami, których przez polską ligę przewinęły się dziesiątki, a w tej chwili w samej Lotto Ekstraklasie jest ich więcej niż trzydziestu. W ostatnich latach widać było jednak wyraźnie, że kluby z naszego kraju zaczęły uważnie śledzić tamtejszy rynek.

Pierwszym Węgrem, który zagrał w polskiej lidze był Tibor Szabó, który w sezonie 2005/2006 rozegrał 16 ligowych spotkań w barwach Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski, po czym powrócił do swojej ojczyzny. W 2008 roku do ŁKS-u Łódź i Cracovii Kraków trafili odpowiednio Gábor Vayer i Árpád Majoros – pierwszy z nich wystąpił w 21 meczach Ekstraklasy i strzelił w nich dwa gole, natomiast drugi przez dwie rundy zagrał tylko 12 razy. Jeszcze szybciej z Polską pożegnał się napastnik Tamás Kulcsár, który w 2009 roku rozwiązał kontrakt z Polonią Warszawa już po sześciu ligowych meczach.

Delikatnie mówiąc wyżej wymienieni zawodnicy nie zawojowali naszej ligi, zaś Vayer mimo swoich 21 występów wcale nie gwarantował wysokiej jakości, dlatego piłkarscy menadżerowie przez kolejnych kilka lat nie zaglądali do kraju bratanków. Sytuację zmienił dopiero… łotewski napastnik Artjom Rudniew. Zawodnik, który niedawno zakończył karierę w barwach niemieckiego HSV Hamburg, przyszedł do Lecha Poznań w glorii wicekróla strzelców węgierskiej ekstraklasy i szybko podbił polską ligę.

To właśnie dzięki Łotyszowi polskie kluby zainteresowały się rynkiem piłkarskim nad Dunajem. Po Rudniewie do Lecha trafił więc kolejny zawodnik z tamtejszej ligi, którym był już rodowity Węgier, czyli wciąż doskonale pamiętany w naszym kraju Gergő Lovrencsics. „Gulasz” zadebiutował w Ekstraklasie w połowie 2012 roku i przez trzy sezony był podstawowym zawodnikiem „Kolejorza”, aby w ostatnich rozgrywkach w Polsce stać się cieniem piłkarza. W Internecie kibice wyśmiewali więc kiksy Węgra, a Lech przed dwoma laty zdecydował, iż nie przedłuży z nim kontraktu. Lovrencsics zrobił jednak dobrą reklamę swoim rodakom, dlatego w lecie 2014 roku do Wisły Kraków trafił obrońca Richárd Guzmics, a na początku 2015 roku Lech sięgnął po kolejnych dwóch Węgrów: Tamása Kádára i Dávida Holmana. Ten pierwszy już po roku występów w Poznaniu został wytransferowany do Dynama Kijów, natomiast drugi terminując głównie w rezerwach powrócił nad Dunaj. Guzmics występami w Wiśle zapracował natomiast przed rokiem na transfer do Chin.

Wyżej wymienieni zawodnicy poza kilkoma przebłyskami nie należeli jednak do gwiazd naszej Ekstraklasy, ponieważ jako pierwszy na ten tytuł zasłużył Nemanja Nikolić. W sezonie 2015/2016 został królem strzelców naszej ligi, a po rundzie jesiennej rozgrywek 2016/2017 został kupiony przez amerykańskie Chicago Fire. I w tym miejscu zaczyna się niestety najsmutniejsza część historii występów węgierskich zawodników nad Wisłą.

Pozostałe transfery były już bowiem, używając eufemizmu, mało udane. Bence Mervó miał udaną wiosnę 2016 roku w barwach Śląska Wrocław, ale na jesieni już totalnie zawiódł i skrócono jego wypożyczenie ze szwajcarskiego Sionu. Jego rodak András Gosztonyi także występował we wrocławskiej drużynie na wiosnę i na jesieni 2016 roku, lecz nie zdążył nawet zaistnieć w Śląsku i pożegnał się z klubem po zaledwie ośmiu ligowych spotkaniach – i nieprzypadkowo po powrocie na Węgry występuje tam zaledwie na drugim szczeblu rozgrywek… Podobnym niewypałem okazał się Róbert Litauszki z Újpestu Budapeszt, który w ubiegłym sezonie zagrał w trzech meczach Lotto Ekstraklasy, najwięcej spotkań rozegrał w barwach czwartoligowych rezerw Cracovii Kraków i już od pół roku ponownie występuje w stołecznym klubie.

Osobną historią jest postawa Dominika Nagya. W styczniu ubiegłego roku przychodził do Legii jako wielki talent, ale Tamas Hajnal, jego rodak i kolega z Ferencvárosu Budapeszt, w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego” przestrzegał przed możliwym sprawianiem przez niego kłopotów wychowawczych, a dokładniej przed „wodą sodową” jaka szybko uderza mu do głowy. Wieloletni reprezentant Węgier niestety się nie pomylił i po udanej wiośnie zeszłego roku, Nagy znalazł się na cenzurowanym i obecnie może znaleźć sobie nowy klub, albo na wiosnę zasili trzecioligową drużynę rezerw aktualnego mistrza Polski.

Realia zaplecza Lotto Ekstraklasy przerosły z kolei Tamása Egerszegiego, który po dwunastu spotkaniach w barwach Miedzy Legnica postanowił wrócić na Węgry i podpisał właśnie dwu i półroczny kontrakt z Vasasem Budapeszt. Tym samym na wiosnę najprawdopodobniej w polskiej lidze ostanie się już tylko jeden bratanek, czyli obrońca Ákos Kecskés. Kapitan węgierskiej młodzieżówki ma na razie na swoim koncie 12 występów w Ekstraklasie, ale w październiku stracił miejsce w podstawowym składzie Bruk-Betu Termaliki Nieciecza. To raczej nie świadczy najlepiej o zawodniku wypożyczonym do końca sezonu z włoskiej Atlanty Bergamo… Czy do Polski wróci z kolei Ádám Gyurcsó? Pomocnik Pogoni Szczecin został wypożyczony w tym tygodniu do chorwackiego Hajduka Split, lecz istnieje naprawdę niewielka szansa, iż ponownie założy na siebie trykot „Portowców”.

Nietrudno zauważyć, że większość Węgrów, którzy mieli okazję występować w Polsce, okazała się transferowymi niewypałami. Do grona czołowych zawodników Ekstraklasy awansowali tylko Nikolić i Kádár, solidnie (przynajmniej przez większość swoich występów) prezentowali się Guzmics i Lovrencsics, natomiast Gyurcsó, Nagy i Mervó mieli jedynie przebłyski łatwe do policzenia na palcach jednej ręki.

Nic więc dziwnego, że polskie kluby niby deklarują zainteresowanie węgierskim rynkiem, ale w trwającym okienku transferowym właściwie nie ma nawet plotek o możliwym zasileniu naszej ligi przez Węgrów, choć w ostatnich latach były one stałym elementem zimowego i letniego „sezonu ogórkowego” zarówno w polskich, jak i w węgierskich mediach. To zapewne efekt nie tylko kilku transferowych niewypałów (choć, umówmy się, większość zagranicznych piłkarzy ściąganych do Polski nie wnosi żadnej większej jakości), lecz także kłopotów z „gwiazdorstwem” Gyurcsó i Nagya – nasze kluby nabierają przekonania, że Węgrzy są po prostu kłopotliwą nacją, a ich prezesom niespecjalnie chodzi przecież o skandalizujące nagłówki w tabloidach.

Nie miejmy też złudzeń – węgierscy piłkarze nie prezentują wysokiej jakości (tylko w ubiegłym roku skompromitowali się z Andorą i Luksemburgiem), a OTP Bank Liga jest po prostu słaba. Bohaterami najbardziej spektakularnych transferów z popularnej NB1 są zazwyczaj obcokrajowcy, natomiast krajowi zawodnicy trafiają do zachodnich klubów jeszcze jako młodzieżowcy – najczęściej wracający na Węgry po kilku latach tułaczki i to głównie do ligowych średniaków.

Szkolenie młodzieży na Węgrzech jest jednak tematem na osoby artykuł.

MM

Więcej o węgierskiej piłce nożna można przeczytać na Facebook-u – Węgierski Futbol

Fot: Marc Garrido i Puig