Specyficzna solidarność polskich ,,elit” z powstaniem węgierskim

Rok 1956 w dzieje przyjaźni polsko-węgierskiej wpisał się w sposób szczególny. Gdy w Budapeszcie radzieckie czołgi tłumiły powstanie, w Polsce przedstawiciele mediów byli żywotnie zainteresowanie relacjonowaniem tych wydarzeń, apelowali do Polaków o pomoc charytatywną dla poszkodowanych Węgrów. Nie do końca już jednak utożsamiali się z walką Węgrów. Można odnieść wrażenie, że ta mentalność przetrwała do dzisiaj.

W Polsce sytuacja jesienią 1956 była znacznie inna niż na Węgrzech. Po śmierci Józefa Stalina i wydarzeniach Poznańskiego Czerwca miała miejsce krótkotrwała odwilż, która dawała dziennikarzom znacznie większą swobodę. Mówił o tym ciekawie podczas I Bydgoskiego Kongresu Polsko-Węgierskiego dr Stefan Pastuszewski (listopad 1956), który wspomniał, iż będąca organem PZPR Gazeta Pomorska wysłała nawet na Węgry swojego korespondenta:

Ci dziennikarze mieli przeświadczenie, że Polska musi być socjalistyczna i że musi pozostawać w sojuszu ze Związkiem Radzieckim. I mieli duży problem z tym Powstaniem w Budapeszcie, które z jednej strony chcieli relacjonować w sposób bardzo wiarygodny, nawet wysłali specjalnego wysłannika. Gazeta Pomorska w połowie listopada wysłała redaktora Bogusława Reicharta do Budapesztu, po to, aby relacjonował sytuację w Budapeszcie.

Dr Pastuszewski dalej wspomina, iż 25 października w Gazecie Pomorskiej pisano, iż w Budapeszcie doszło do ,,poważnych zaburzeń” spowodowanych przez ,,elementy kontrrewolucyjne”.

Polskie ,,elity” związane z ówczesną władzą nie wyrażały zatem poparcia dla kluczowych postulatów węgierskiego powstania, jak uniezależnienie się polityczne od Moskwy oraz wystąpienie z Układu Warszawskiego. Wsparcie dla Węgrów zatem ograniczono do pomocy humanitarnej. Zdaniem Pastuszewskiego nastawienie narodu polskiego było już znacznie inne, czego przykładem były chociażby wydarzenia Bydgoskiego Listopada 1956 roku, gdy po nadużyciu ze strony funkcjonariuszy milicji zawiązał się spontanicznie bardzo liczny tłum, który wznosił okrzyki poparcia dla walczących Węgrów i dał wyraz swojej frustracji poprzez spalenie zagłuszarki fal zagranicznych rozgłośni radiowych (m.in. Wolna Europa i Radio Madryt). Natomiast w grudniu do zamieszek doszło w Szczecinie. Gdyby się przyjrzeć, to zapewne byśmy tego typu zdarzeń znaleźli więcej.

Jak spojrzymy na to jak dzisiaj wspominany jest tamten czas, to głównie w Polsce pamiętamy o zbieraniu darów dla poszkodowanych Węgrów, czy oddawaniu dla nich krwi. Solidarność tego rodzaju wyrażali wówczas mieszkańcy wielu polskich miast. Był to oczywiście ważny i potrzebny gest. W mniejszym stopniu mówi się jednak, iż to co w 1956 roku połączyło Polaków i Węgrów, to chęć wyzwolenia się spod wpływu politycznego Moskwy. Polacy i Węgrzy brnęli do cywilizacji łacińskiej Europy, którą przez wieki byli związani. Odnoszę wrażenie, że narracja polskich dziennikarzy, którym na Węgrzech przeszkadzała ,,kontrrewolucja”, nadal jest żywa. Wśród polityków wspominających tamte gesty charytatywne, znajdziemy bowiem osoby, które ideologicznie nadal odwołują się do dziedzictwa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Łukasz Religa

Fot: Anna Karaszewska