Videoton za burtą europejskich pucharów

To Partizan Belgrad zareagował tak na ubiegłotygodniową krytykę, czy może jednak Videoton Székesfehérvár zbytnio rozprężył się po poprzednich udanych spotkaniach? Jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione pytanie nie poznamy nigdy, co nie zmienia faktu, iż węgierskie kluby ostatecznie pożegnały się z ledwo rozpoczętym sezonem europejskich pucharów.

Honvéd Budapeszt pożegnał się z rozgrywkami Ligi Mistrzów już po zaledwie dwóch spotkaniach z izraelskim Hapoelem Ber Szeewa, w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Europy Vasas Budapeszt nie sprostał Beitarowi Jerozolima, natomiast stołeczny Ferencváros wpierw bez problemu wyeliminował łotewską FK Jelgava, aby ostatecznie nie mieć większych szans z duńskim FC Midtjylland. W tej sytuacji honoru węgierskiej piłki na arenie międzynarodowej bronił Videoton, który wpierw pokonał maltańskie Balzan F.C., następnie nie dał szans estońskiemu Nõmme Kalju i sprawił nie lada sensację zostawiając za burtą legendarny Girondins Bordeaux.

Wygrana z francuską ekipą rozbudziła apetyty węgierskich kibiców, a wylosowanie Partizana przyjęto za dobrą monetę. Jeśli Videoton ograł Bordeaux, to czemu nie miałby poradzić sobie z przedstawicielem pogrążonej w głębokim kryzysie serbskiej piłki klubowej? Rok temu ta sztuka udała się Zagłębiu Lubin, co spowodowało, że na ustach krytyków znalazł się ówczesny trener Partizana Marko Nikolić. Serbski szkoleniowiec miał być zresztą dodatkowym atutem „Vidich”, ponieważ zdobywając w tym roku mistrzostwo i puchar Serbii znał na wylot swoją dawną drużynę. Dodatkowo zespół z Székesfehérváru spisał się bardzo dobrze w pierwszym wyjazdowym spotkaniu, remisując bezbramkowo na trudnym terenie w Belgradzie.

Podopieczni Nikolicia zaczęli wczorajsze spotkanie tak samo jak poprzednie mecze w Lidze Europy, a więc od zdecydowanego ataku. Już w 4. minucie bramkę dla gospodarzy mógł zdobyć Loic Nego, ale podobnie jak przed tygodniem świetnie w bramce Partizana spisywał się Vladimir Stojković. Dwie minuty później konstrukcję kolejnego ataku Węgrów próbował rozpocząć Asmir Suljić, jednak przed polem bramkowym Partizana zgubił piłkę, zaś Serbowie przeszli do szybkiego kontrataku. Czterech zawodników gości poradziło sobie bez problemu z dwoma obrońcami „Vidich” i Tawamba Kana pokonał bez trudu Ádáma Kovácsika.

Od tego momentu na boisku dominowali już zdecydowanie piłkarze Partizana, którzy niemal co chwilę organizowali groźne akcje przed bramką Videotonu. W 24. minucie Attila Fiola nie zdołał wybić wślizgiem piłki spod nóg Uroša Đurđevicia, który w polu karnym zagrał do Seydouby Soumaha, a ten po raz drugi spowodował euforię w sektorze zajmowanym przez legendarnych „Grobarich”. Niespełna jedenaście minut później rywala na deski położył niezwykle aktywny w ataku Đurđević, który wykorzystał podanie Marko Jankovicia po kolejnej kontrze swojego zespołu. W 87. minucie Đurđević ustalił natomiast wynik na 4:0 dla Partizana, po tym jak jego drużyna przejęła piłkę po kolejnym beznadziejnym wykopie bramkarza Videotonu… W drugiej połowie Węgrzy nie byli w stanie pokazać żadnych atutów z poprzednich spotkań, bowiem w 47. minucie za drugą żółtą kartkę z boiska wyleciał kapitan Roland Juhász.

Po meczu słów krytyki pod adresem swoich podopiecznych nie szczędził Nikolić. Trener „Vidich” stwierdził, że oczekuje od swoich piłkarzy pełnego profesjonalizmu, a nie gry na poziomie „trzynastoletnich amatorów”. Szkoleniowiec wicemistrza Węgier dodał, iż katastrofalne błędy były udziałem nie tylko defensywy, ale również zawodników odpowiedzialnych za zadania ofensywne. Bramkarz gospodarzy komentując wczorajsze spotkanie stwierdził natomiast, że pierwsze trzy bramki były efektem własnej głupoty. Kovácsik nie omieszkał przy tym zastosować retoryki typowej dla zawodników polskich drużyn, a więc zapowiedział skupienie się na lidze i zbliżającym się niedzielnym meczu z Ferencvárosem.

To Partizan Belgrad zareagował tak na ubiegłotygodniową krytykę, czy może jednak Videoton Székesfehérvár zbytnio rozprężył się po poprzednich udanych spotkaniach? Jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione pytanie nie poznamy nigdy, co nie zmienia faktu, iż węgierskie kluby ostatecznie pożegnały się z ledwo rozpoczętym sezonem europejskich pucharów.

Honvéd Budapeszt pożegnał się z rozgrywkami Ligi Mistrzów już po zaledwie dwóch spotkaniach z izraelskim Hapoelem Ber Szeewa, w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Europy Vasas Budapeszt nie sprostał Beitarowi Jerozolima, natomiast stołeczny Ferencváros wpierw bez problemu wyeliminował łotewską FK Jelgava, aby ostatecznie nie mieć większych szans z duńskim FC Midtjylland. W tej sytuacji honoru węgierskiej piłki na arenie międzynarodowej bronił Videoton, który wpierw pokonał maltańskie Balzan F.C., następnie nie dał szans estońskiemu Nõmme Kalju i sprawił nie lada sensację zostawiając za burtą legendarny Girondins Bordeaux.

Wygrana z francuską ekipą rozbudziła apetyty węgierskich kibiców, a wylosowanie Partizana przyjęto za dobrą monetę. Jeśli Videoton ograł Bordeaux, to czemu nie miałby poradzić sobie z przedstawicielem pogrążonej w głębokim kryzysie serbskiej piłki klubowej? Rok temu ta sztuka udała się Zagłębiu Lubin, co spowodowało, że na ustach krytyków znalazł się ówczesny trener Partizana Marko Nikolić. Serbski szkoleniowiec miał być zresztą dodatkowym atutem „Vidich”, ponieważ zdobywając w tym roku mistrzostwo i puchar Serbii znał na wylot swoją dawną drużynę. Dodatkowo zespół z Székesfehérváru spisał się bardzo dobrze w pierwszym wyjazdowym spotkaniu, remisując bezbramkowo na trudnym terenie w Belgradzie.

Podopieczni Nikolicia zaczęli wczorajsze spotkanie tak samo jak poprzednie mecze w Lidze Europy, a więc od zdecydowanego ataku. Już w 4. minucie bramkę dla gospodarzy mógł zdobyć Loic Nego, ale podobnie jak przed tygodniem świetnie w bramce Partizana spisywał się Vladimir Stojković. Dwie minuty później konstrukcję kolejnego ataku Węgrów próbował rozpocząć Asmir Suljić, jednak przed polem bramkowym Partizana zgubił piłkę, zaś Serbowie przeszli do szybkiego kontrataku. Czterech zawodników gości poradziło sobie bez problemu z dwoma obrońcami „Vidich” i Tawamba Kana pokonał bez trudu Ádáma Kovácsika.

Od tego momentu na boisku dominowali już zdecydowanie piłkarze Partizana, którzy niemal co chwilę organizowali groźne akcje przed bramką Videotonu. W 24. minucie Attila Fiola nie zdołał wybić wślizgiem piłki spod nóg Uroša Đurđevicia, który w polu karnym zagrał do Seydouby Soumaha, a ten po raz drugi spowodował euforię w sektorze zajmowanym przez legendarnych „Grobarich”. Niespełna jedenaście minut później rywala na deski położył niezwykle aktywny w ataku Đurđević, który wykorzystał podanie Marko Jankovicia po kolejnej kontrze swojego zespołu. W 87. minucie Đurđević ustalił natomiast wynik na 4:0 dla Partizana, po tym jak jego drużyna przejęła piłkę po kolejnym beznadziejnym wykopie bramkarza Videotonu… W drugiej połowie Węgrzy nie byli w stanie pokazać żadnych atutów z poprzednich spotkań, bowiem w 47. minucie za drugą żółtą kartkę z boiska wyleciał kapitan Roland Juhász.

Po meczu słów krytyki pod adresem swoich podopiecznych nie szczędził Nikolić. Trener „Vidich” stwierdził, że oczekuje od swoich piłkarzy pełnego profesjonalizmu, a nie gry na poziomie „trzynastoletnich amatorów”. Szkoleniowiec wicemistrza Węgier dodał, iż katastrofalne błędy były udziałem nie tylko defensywy, ale również zawodników odpowiedzialnych za zadania ofensywne. Bramkarz gospodarzy komentując wczorajsze spotkanie stwierdził natomiast, że pierwsze trzy bramki były efektem własnej głupoty. Kovácsik nie omieszkał przy tym zastosować retoryki typowej dla zawodników polskich drużyn, a więc zapowiedział skupienie się na lidze i zbliżającym się niedzielnym meczu z Ferencvárosem.

Wyeliminowanie w dwumeczu Francuzów należy więc uznać za przebłysk, który jedynie zaciemnił obraz węgierskiej piłki klubowej. Na tę chwilę Węgry znajdują się na 33. miejscu w krajowym rankingu UEFA, pomiędzy Liechtensteinem i Mołdawią. Jeśli wczorajszy pogromca warszawskiej Legii, czyli Sheriff Tiraspol, spisze się przynajmniej przyzwoicie w fazie grupowej Ligi Europy, wówczas nawet ta odległa pozycja wydaje się być zagrożona. Od jesieni 2012 roku, kiedy właśnie Videoton zagrał na tym szczeblu europejskich rozgrywek, żaden węgierski klub nawet się o niego nie otarł, znajdując się tym samym w „elitarnej” grupie takich państw jak Wyspy Owcze, Irlandia Północna, Armenia, Litwa, czy też malutkich krajów pokroju Gibraltaru i Andory…

MM